dla rodziny DMD, ale nie tylko
dla rozczarowanych
dla tych, co się boją
dla tych, co są w żałobie
dla tych, co doznali straty
dla tych, co chcą kochać
dla mnie i dla Ciebie...
(pozwoliłam sobie przetłumaczyć pewien tekst, który lekko zaadaptowałam. Autorem jest Emily Perl Kingsley.)
ZAPRASZAMY DO HOLLANDII...
Często jestem pytana o doświadczenia związane z wychowaniem dziecka
niepełnosprawnego w celu uświadomienia innym ludziom, którzy nie doznali
tego unikalnego stanu, czym jest takie doświadczenie i co ja czuję...
Wyobraźcie sobie taką sytuację....
Kiedy planujesz dziecko to jakbyś zaczął właśnie planować najbardziej
fantastyczne wakacje. Wakacje życia. Do pięknej słonecznej Italii Nic się nie liczy, wszystkie przeszkody, niedomówienia idą w kąt. Liczą się tylko te plany.
Kupujesz kilka przewodników, ustalasz trasę... Koloseum, David Michała Anioła, Gondole w Wenecji...
Czujecie już to włoskie słońce, wyobrażacie sobie ten pejzaż?
Nawet uczysz się paru przydatnych zwrotów po włosku. To wszystko jest szalenie ekscytujące...
Po miesiącach niecierpliwego oczekiwania, ten wspaniały dzień wreszcie nadchodzi
Walizki spakowane i jesteś gotów do podróży, wsiadasz do samolotu,
lecisz i marzysz o nowej przygodzie. Kilka godzin później, samolot
ląduje. Piękna stewardesa przychodzi i mówi: "WITAMY W HOLLANDII"
"Hollandia"???!!?? Co masz na myśli mówiąc "Hollandia"??? Przecież
wykupiłem bilety na lot do Italii?? Ja mam być dzisiaj we Włoszech!!
Całe życie marzyłem o słonecznych Włoszech!!!
Niestety nastąpiła zmiana w planie lotu. Samolot wylądował już i musisz tu zostać...
Ważne jest to, że samolot nie wylądował w jakimś okropnym i parszywym miejscu pełnym zarazy, głodu i brudu. Nie...
To po prostu inne miejsce...
Więc musisz iść po nowe przewodniki, nauczyć się nowego języka. Spotkasz ludzi, których wcześniej nie miałbyś szans poznać.
To po prostu inne miejsce...
Tu jest nieco mniej słonecznie, nieco mniej krzykliwie, czas płynie
inaczej. Po chwili, po kilku dniach pobytu zaczynasz rozglądać się wokół
i łapać oddech. Zaczynasz dostrzegać nową rzeczywistość...
że Hollandia
ma wiatraki...
i Hollandia ma tulipany....
Hollandia ma nawet
Rembrandta...
Jednak wszyscy Twoi znajomi wciąż ciągle podróżują
do Italii w tę i z powrotem. Opowiadają potem jak cudowne chwile tam
spędzili. I Ty przez resztę życia będziesz mówił: "Tak wiem, też miałem
tam jechać, też to planowałem....
I ten ból, który nigdy, nigdy, nigdy nie odejdzie.... ponieważ
utrata możliwości spełnienia tego marzenia to naprawdę znacząca strata.
Prawdopodobnie największa w Twoim życiu... Prawdopodobnie nic już nigdy
nie dotknie cię bardziej, mocniej, głębiej... to niegojąca się rana...
Lecz jeśli spędzisz swoje jedno, jedyne życie na żałobie za
niespełnionym marzeniem o cudownych wakacjach w Italii, Twoje serce
nigdy nie stanie się wolne by móc cieszyć się tym bardzo wyjątkowym,
bardzo specjalnym i jedynym w swoim rodzaju miejscem, w którym przez
przypadek utknąłeś... Hollandią...
Musisz wierzyć, że wakacje w
Italii jeszcze przed Tobą. Być może jeszcze nie raz ktoś zabierze Cię na
lotnisko i zostawi w poczekalni, ale Ty po prostu odkrywaj Hollandię,
szukaj w niej chwil radości i miejsc dających ukojenie. Kiedyś jeszcze
wsiądziesz do właściwego samolotu i poczujesz na twarzy włoskie
słońce...
Trzeba marzyć:)
O mnie
Google Website Translator Gadget
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dekoracje domowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dekoracje domowe. Pokaż wszystkie posty
piątek, 26 grudnia 2014
wtorek, 2 lipca 2013
"Ta ostatnia niedziela...
dzisiaj się rozstaniemy, dzisiaj się rozejdziemy.... Ta ostatnia niedziela, moje sny wymarzone,
szczęście tak upragnione, skończyło się...."
szczęście tak upragnione, skończyło się...."
Pamiętacie tę piosenkę? Zarówno tekst, jak i melodia są takie nostalgiczne... śpiewał ją Mieczysław Fogg, a wersję rosyjską można usłyszeć w filmie Nikity Michałkowa "Spaleni Słońcem" I dziś parę słów o tym, nagrodzonym Oscarem filmie. Zobaczymy tam sielankową wieś, urzekającą swoim wizerunkiem, rodzinę pędzącą banalnie szczęśliwe, proste życie, które wypełniają codzienne drobiazgi: ktoś pije herbatę z samowara, ktoś pędzi na koniu przez pola, ktoś biega po łące, mąż kocha się z żoną na strychu, ktoś tańczy.. Ot zwykłe życie. Jak do tego dodamy letnią atmosferę rosyjskiego popołudnia, słońce i światło to już na pewno poczujecie ten niezwykły klimat. Jednak tę sielankę zakłóci coś, wydarzenie, które na zawsze zmieni to bajkowe życie. Film jest piękny, ale smutny. Komizmowi, romantycznym sceneriom towarzyszy tragizm, dramat czai się tuż, tuż. "To już ostatnia niedziela..."
Dzisiaj podziwiając najnowsze wydanie Green Canoe Style i patrząc na sesję z mojego domu ogarnął mnie taki nieco nostalgiczny nastrój. Pamiętam tę niedzielę, kiedy przyjechała Asia. Czekałam na nią z niecierpliwością, przecież jak wiadomo, taka sesja jest marzeniem wielu z nas. Był cudowny, letni dzień, praca nad zdjęciami przebiegała sprawnie, było dużo śmiechu, odkrywania się nawzajem, poznawania, rozmów. Fantastyczny, sielankowy dzień. Dziękuję Ci Asiu, to była naprawdę wielka przyjemność, gościć Cię u nas:)
Kiedy słońce powoli chyliło się ku zachodowi, musieliśmy przyspieszyć prace nad sesją. Mój mąż przygotował doskonały obiad.... Były gruszki z serem pleśniowym i boczkiem podlane sosem z malin, był egzotyczny kurczak "butter chicken", sałatka tabouleh, było pysznie i wesoło. Jedliśmy w pośpiechu nie zaprzestając gadać i śmiać się. Jednak ja musiałam szybciej wstać od stołu niż pozostali. Musiałam spakować walizkę dla siebie i Jaśka, ponieważ znajoma lekarka załatwiła nam przyjęcie w Szpitalu Matki Polki w Łodzi. Trzeba było przebadać Jasia i wykluczyć jakąś straszną chorobę, której nazwy nawet wtedy nie pamiętałam.... Wiem tylko, że chwilę rozmawiałam o tym z Asią i stwierdziłyśmy obie, że lekarze to zawsze na wyrost coś palną i potem człowiek musi się niepotrzebnie martwić.
Niedziela powoli się kończyła, Asia została sama w naszym domu, żeby dokończyć pracę, a ja, Michał i Jasiek pojechaliśmy do tego szpitala. Nawet nie wiedzieliśmy, że Asia właśnie uchwyciła na zdjęciach naszą ostatnią niedzielę. Niedzielę beztroską, niedzielę cudownie słoneczną, niedzielę, której nie zakłócał jeszcze cień Potwora. Naszą ostatnią sielankową niedzielę i nasze bajkowe, banalnie szczęśliwe i proste życie, które już nigdy nie będzie takie samo... Tej niedzieli nasze życie miało się zmienić na zawsze...
Zapraszam Was do obejrzenia zdjęć i może posłuchajcie też piosenki Miecia Fogga, a w wolnej chwili obejrzyjcie stary, dobry film Michałkowa....
Serdecznie pozdrawiam!
Etykiety:
bliźniaki,
dekoracje domowe,
historie rodzinne,
kuchnia,
moje wnętrza,
pokój dziecinny,
salon,
sesja zdjęciowa,
shabby chic,
sypialnia,
takie tam,
walka z potworem,
zdrowie
środa, 24 kwietnia 2013
Rękodzieło - moja pasja. Post niesponsorowany.
Uwielbiam wytwory rąk ludzkich. Przedmioty, które zostały stworzone przez ich TWÓRCĘ, osobę z krwi i kości, z którą mogę porozmawiać, której dłoń mogę uscisnąć i której mogę podziekować za zrobienie danej rzeczy. Nie ma dla mnie niczego bardziej cennego niż otaczanie się przedmiotami, za którymi stoi CZŁOWIEK, a nie masowa produkcja. Lubię, dotykając daną rzecz, mysleć o jej AUTORZE, który poświęcił swój cenny czas, talent, włożył serce, by stworzyć coś, co cieszy innych. Niepowtarzalność to w naszych czasach wartość wyjątkowa. W czasach, kiedy zalewani jestesmy setkami takich samych ciuchów, mebli, zabawek, posiadanie rękodzieła stanowi luksusową wręcz przyjemność.
Uwielbiam buszować w internecie i zaglądać do różnych wirtualnych sklepów. To dla mnie inspiracja, natchnienie, często też źródło, z którego czerpię urządzając wnętrza dla siebie czy dla innych. Róznorodność marek, stylów, cen, może czasem przyprawiać o zawrót głowy i przedzieranie się przez gąszcz wirtualnych półek bywa czasem frustrujące, ale i tak to kocham:)
Uwielbiam buszować w internecie i zaglądać do różnych wirtualnych sklepów. To dla mnie inspiracja, natchnienie, często też źródło, z którego czerpię urządzając wnętrza dla siebie czy dla innych. Róznorodność marek, stylów, cen, może czasem przyprawiać o zawrót głowy i przedzieranie się przez gąszcz wirtualnych półek bywa czasem frustrujące, ale i tak to kocham:)
Jedno jest pewne, buszując w sieci nauczyłam się robić rozważne zakupy. Tak, tak, nie jest łatwo odmówić sobie tak prostej czynności, jaką jest JEDNO KLIKNIĘCIE i już zakupy zrobione! Oj świerzbi czasem palec:DD Znacie na pewno to uczucie! Jednak ja potrafię się powstrzymać... Zauważyłam bowiem jedną rzecz: duże sklepy, znane marki mają wszystko, co jest potrzebne by reklamować swoje produkty, dlatego też z dużą łatwością na nie trafiamy i z dużą łatwościa opróżniamy swoje portfele, żeby nabyć kolejną podusię, zabawkę czy szafeczkę. A wystarczy trochę bardziej sie postarać i trochę dłużej pobuszować w internecie i znajdziemy wówczas przedmioty, które tworzą ludzie często z naszego sąsiedztwa, często lepsze jakościowo, zrobione w kilku egzemplarzach, a nie w tysiacach i prawie zawsze zdecydowanie tańsze, a jeśli są droższe to biją na głowę te produkowane masowo.
Pozwoliłam sobie na kilka porównań. Spójrzcie na przykład na ten cudny stołeczek wykończony szydełkowym pokrowcem:
Piękny prawda? Doskonale sprawdzi się we wnętrzu rustykalnym, ale i w nowoczesnym będzie świetnie się prezentował jako akcent kolorystyczny i vintage'owy. Znalazłam go na stronie Westwing.pl. Zarówno sklep, jak i marka są Wam doskonale znane i często przez Was wymieniane na blogach. Co mi się w nim nie podoba? W zasadzie wszystko mi się podoba, poza ceną: 229 polskich złotych... Łał, robi wrażenie...
Szybko sobie przeanalizowałam ile mogę za niego zapłacić. Stołek tego typu bez problemu znajdziecie w sklepach typu sobieradek, jego cena nie przekroczy 50 zł, a na pchlim targu z pewnościa znajdziecie za 10-20 zł niemalże identyczny, ale za to z historią wpisaną w drewno, z którego został zrobiony. Do tego pokrowiec szydełkowy, który nie jest ani duży, ani trudny do zrobienia, więc jesli ktoś potrafi to do dzieła, a jesli nie? Blogowy świat jest pełen zdolnych babek, o czym doskonale wiecie. I proszę: Agnieszka Niebieska z bloga Niebieska Chata zrobi taki specjalnie dla Was, w kolorystyce, którą sami wybierzecie, a zapłacicie za niego około 35-40 złotych wspierając tym samym polskie rękodzieło, a wartością dodaną będzie fakt, że ktoś zrobił ten pokrowiec tylko dla Was. Całkowity koszt nie przekroczy 90 złotych. Co Wy na to?
Popatrzcie na prace Agnieszki:
Popatrzcie na prace Agnieszki:
Postanowiłam też przyjrzeć się tak chętnie kupowanym przez nas poduszkom. Kochamy je, nieprawdaż? Z nadrukami, falbanami, w kratkę, w groszki, paski, wiązane, zapinane, haftowane, kwadratowe i okrągłe:) Mogłybyśmy mieć ich tysiące i wciąż nam ich mało. Cudnie dekorują mieszkania. Wystarczą trzy, cztery podusie, żeby odmienić nam dekorację domu:).
I znów posłużyłam się stroną Westwing.pl. Światowe marki znane na całym świecie oferują nam naprawdę fantastyczny towar:
Mogłabym mieć każdą z poduch pokazaną w tym sklepie. Mogłabym...., ale najzwyczajniej na świecie mnie na nie nie stać... Ceny od 99.00 do 189.00. Ludzie moi dobrzy! Przecież nie są ręcznie tkane, haftowane, ani szyte jak dywan w meczecie w Abu Dhabi (600 muzułmańskich kobiet tkało go ręcznie przez dwa lata z jedwabiu!). To tylko poduszki, do ozdoby, spania, rzucania się nimi z dziećmi. Jak ja bym zniosła plamy po czekoladzie na nich, ręka chyba by mi uschła, jakbym się nimi miała rzucać, albo jak moja Fifulka by je porwała w ząbki, hihihi.
Zajrzyjcie Moi Drodzy do Lucy i na jej bloga. Już dawno okrzyknęłam ją Poduchową Królową! Na jej blogu co rusz pojawiają się nowe wzory poduszek. Tyle osób podziwiało i pytało ją o nie, że uruchomiła drugiego bloga, gdzie można je kupić. I co? Kochani, ceny poduch to przedział między 28 a 45 zł. Możemy kupować, zmieniać dekoracje, zamawiać nowe i to bez nadszarpywania domowego budżetu, a przecież o to właśnie chodzi:)
Na koniec coś z mojego podwórka - meble... Ja kocham starocie, wyszperane, ocalałe od zapomnienia, pokryte grubą warstwa kurzu i historii. Cenię też sobie ręcznie wytworzone meble pochodzące z małych pracowni stolarskich, gdzie pieczołowicie dopieszcza sie każdy detal. Nie przeszkadza mi, że czasem w starych zacina się szuflada, a w nowych czasem zaskrzypi jakaś deska.
Jeden z moich znajomych ma prawdziwy dar do wynajdywania cudeniek i przerabiania ich po swojemu. To jego prace:
Jeden z moich znajomych ma prawdziwy dar do wynajdywania cudeniek i przerabiania ich po swojemu. To jego prace:
Od dawna podziwiam jego pracę i jak tylko uzbieram sobie parę groszy to natychmiast kupuję kolejny mebel do domu i nie rujnuje mnie to. Kiedy patrzę na ceny podobnych mebli w sklepach internetowych dostaję zawrotu głowy. Komody za 2,3 tysiące, kredensy 4,5 tysięcy. Piękne, nie przeczę, ale ilu z nas może sobie pozwolić na takie ceny? Ja kupuję przedmiot z historią, w który zostało włożone tyle serca, pasji i pracy za 300, 700, 1400, nie więcej. Zajrzyjcie tutaj i zobaczcie ile kosztują mebelki z pracowni moich przyjaciół.
Chciałabym zachęcić Was tym postem do poszukiwań, do spotkań z ludźmi, którzy są pasjonatami swej pracy, do odkrywania unikatowych przedmiotów i rzeczy z duszą. Otaczajmy się rękodziełem i sztuką prawdziwych twórców, poświęcających swój czas, talent i miłość przedmiotom, które potem cieszą nasze oczy w naszych domach. Miło położyć sobie na kanapie z Ikea, identycznej jak ma ta Wiśniewska spod 5, poduszkę, którą będziemy mieć tylko my i Wiśniewska już takiej mieć nie będzie:D
Pozdrawiam Wasza Bella:)
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Jak zrobić drzwi w stylu shabby chic - instrukcja w GC STYLE
Jeśli ktoś z Was miałby ochotę zabrać się za mały, hmm, wiosenny remoncik i odnowić lub nawet wymienić drzwi, to serdecznie zapraszam do zajrzenia do najnowszego wydania GREEN CANOE STYLE, gdzie możecie podejrzeć, na stronie 30-31, jak ja to zrobiłam i zamieniłam zwykłe, najtańsze, sosnowe drzwi w drzwi w stylu shabby chic.
Zajrzyjcie też tam po to, by zobaczyć WIOSNĘ, bo póki co, tylko Asi i jej drużynie fantastycznych pomocników udało się ją wyczarować. Popłyńmy zielonym czółnem razem, może skruszymy zimową krę:)
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Z Nowym Rokiem - leniwym krokiem:)
Kochani, jakoś nie mogę z werwą rozpocząć nowego roku blogowego, zaskoczyć Was nowymi dekoracjami i z entuzjazmem opowiedzieć o nowych planach i postanowieniach... dopadł mnie LEŃ...
Ano tak, zwyczajny Leń... Przesiaduję całymi dniami w piżamce w motylki, przemieszczam się z kanapy na kanapę, bawię się z Gałganami w safari i poza przewijaniem, karmieniem i ganianiem za psami nie mam Wam nic ciekawego do opowiedzenia...., więc sobie tak blogowo milczę i śledzę Wasze wiosenne (!!) aranżacje, czytam o postanowieniach na Nowy Rok i nawet nie mam szczególnych wyrzutów sumienia, że u mnie jeszcze nic.
Czy ja muszę sadzić hiacynty? Nie muszę...
Czy ja muszę rzucić się w wir wyprzedaży i nabyć kolejne durnostojki do chałupy? Nie muszę...
Nie muszę postanawiać, planować, ani być Perfekcyjną Panią Domu i dobrze mi z tym.
Przyznaję jednak, że czerwienie świąteczne pochowałam i nawet przez chwilę zastanowiłam się czym by je w domu zastąpić, ale poza zagospodarowaniem jednego malusieńkiego kącika mojego ogromnego salonu, nie wpadłam na inne pomysły. Wyczytałam w inspirujących mnie blogach, że w tym roku królować ma "emmerald green" i coś tam wygrzebałam na stryszku:). Szału nie ma, ale póki LEŃ stoi obok nie wykrzeszę nic innego:)
Na ostatnim zdjęciu widać fragment obrusu, który wypożyczyła mi przyjaciółka, coby wesprzeć mnie nieco w moich leniwych działaniach dekoratorskich. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Co planujesz po zdjęciu tej czerwonki? (rozumiem, że chodziło o moje cudne dekoracje świąteczne...)
- Nie wiem jeszcze...
- A co tam masz na stryszku?
- Nooo..., muszę zajrzeć...
- No to rusz d..ę!
- Nooo..., może szmaragdy, turkusy jakieś.....
- A co masz w tych kolorach?
- Niee wieeem, chyba ze trzy serduszka... i dwa ptaszki...
- Ło matko (tu znaczący przewrót oczyskami, a oczyska ona ma, mówię wam)
Podeszła do szafy i mamrocząc coś pod nosem (dobrze, że ja trochę głucha jestem) zaczęła przeszukiwać jej czeluście. Masz to, rzuciła w moją stronę piękny obrus w kolorach jak powyżej i jeszcze to, tylko ostrożnie i w moją stronę powędrował ogromny wazon w głęboki turkusie. No cóż... Moi Drodzy, nie miałam wyjścia, musiałam choć jeden kącik, mimo ironicznego uśmieszku Pana L., zagospodarować:) A wazon wciąż czeka na fotosesję, dzisiaj się nie załapał:)
Co byśmy zrobili bez przyjaciół?
Buźka:)
Na ostatnim zdjęciu widać fragment obrusu, który wypożyczyła mi przyjaciółka, coby wesprzeć mnie nieco w moich leniwych działaniach dekoratorskich. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Co planujesz po zdjęciu tej czerwonki? (rozumiem, że chodziło o moje cudne dekoracje świąteczne...)
- Nie wiem jeszcze...
- A co tam masz na stryszku?
- Nooo..., muszę zajrzeć...
- No to rusz d..ę!
- Nooo..., może szmaragdy, turkusy jakieś.....
- A co masz w tych kolorach?
- Niee wieeem, chyba ze trzy serduszka... i dwa ptaszki...
- Ło matko (tu znaczący przewrót oczyskami, a oczyska ona ma, mówię wam)
Podeszła do szafy i mamrocząc coś pod nosem (dobrze, że ja trochę głucha jestem) zaczęła przeszukiwać jej czeluście. Masz to, rzuciła w moją stronę piękny obrus w kolorach jak powyżej i jeszcze to, tylko ostrożnie i w moją stronę powędrował ogromny wazon w głęboki turkusie. No cóż... Moi Drodzy, nie miałam wyjścia, musiałam choć jeden kącik, mimo ironicznego uśmieszku Pana L., zagospodarować:) A wazon wciąż czeka na fotosesję, dzisiaj się nie załapał:)
Co byśmy zrobili bez przyjaciół?
Buźka:)
niedziela, 23 grudnia 2012
To już jutro, więc...
zróbmy szybki, gospodarczy przegląd salonu. Czy aby wszystko przygotowane? Czy jeszcze muszę coś poprawić? Stajemy na środku pokoju i lecimy, po kolei, zaczynamy od najważniejszego kąta salonu. Stoi tam nasz gość z lasu: Panna Zielona, o której słyszałam że:
"...nikt prócz zająca nie kochał jej... Nadeszły Święta i przyszła do nas.
Zielony gościu, prosimy wejdź...
No tak... na pierwszy rzut oka widać, że brakuje prezentów pod choinką:D Nic to, nic to... Byliśmy cały rok tak grzeczni, że na pewno Mikołaj przyniesie:DD Jednakże jak uważnie się przyjrzycie to dostrzeżecie piękne drewniane serce i filcowego Ciastka, które przyleciały do mnie aż z Włoch od Naszej B. z bloga Tu piszę i stanowią tylko częśc prezentu, którym zostałam zaszczycona jako zwyciężczyni candy. Ciastek ciastkowy to natomiast dzieło Michała.
Lecimy dalej i rzucamy bacznym wzrokiem na drugi kąt pokoju:
Podusia na środku kanapy to też od B.:) Napis HOME to mój najnowszy nabytek. Kupiłam od koleżanki, której jakoś nie przypasił, a mnie za to bardzo:) Pati, kasa po Świętach ok? Spłukana jestem jak diabli, hihi. No dobrze Moi Mili patrzymy dalej, co w trawie piszczy:
Jemioła wisi, ale kto się będzie pod nią całował, to ja nie wiem...;) OOO! W kominku nie napalone, drwa nie naniesione i fotel... Wciąż w szacie, która zupełnie mi nie leży. Wy tego nie dostrzeżecie, bo w tym wieczornym oświetleniu nawet pasuje, ale zaufajcie ten rudy kolor to nie jest najlepsze rozwiązanie do mojego salonu. Kiedy ja się za niego wezmę??? Pojęcia nie mam. Ostatnio Malanka, tak pięknie swój zrobiła, że mówię Wam!
Został nam do przeglądu już tylko kąt jadalny. Oto i on:
No tak, ten kącik rzadko pokazuję, bo mam tu taką wnękę przy stole, która od lat jest nie zagospodarowana i wciąż brakuje mi na nią pomysłu. Mąż mnie straszy, że jak czegoś nie wymyślę to wstawi tam zbroję, hihi. Rozmiarowo nawet by pasowało:D
Teraz zostało tylko udekorowanie stołu i dokończenie potraw, więc maszeruję do garów, bo mam kompot do ugotowania.
Kochani, do usłyszenia, przeczytania po świętach. Odpoczywajcie, cieszcie się chwilami z bliskimi, pomyślcie czasem o tych wirtualnych i buziaki piernikowe dla Was.
Wesołych Świąt!!
środa, 17 października 2012
Kaczka z Filipin, kredens i dzban z Francji:)
Ostatnio parę osób mnie zapytało, co ja kupiłam na pchlim targu w Grabinie. Otóż Moi Drodzy, moje zdobycze są, jakby to powiedzieć, dość monotematyczne. Ja zakupiłam KACZKI, tak kaczki, różne. I dziś zaprezentuje Wam dwie z nich. Najpierw jednak wyjaśnię Wam dlaczego kaczki. Jednym z moich marzeń jest zdobycie gęsi (też ptactwo, hihi). Takich gęsi, które mogłabym postawić koło kominka. Najlepiej naturalnej wielkości i w dwóch różnych pozach. Oczywiście te gęsi nie powinny mieć nic wspólnego z figurkami ogrodowymim z zezującymi oczami i krzywym dziobem, o nie! Te gęsi powinny być drewniane, pobielone, szykujące się do lotu..... coś w ten deseń:) Nie wiem co prawda, jak powstrzymałabym moje cudne pacholęta przed dewastacją tychże wyżej wymienionych, ale co? Marzyć przeciez wolno... Poza tym pacholęta kiedyś jednak nabiorą rozumku, jak sądzę:). W kazdym razie nie mogąc znależć gęsi, zakupuję ciągle wszelakie ptactwo, które ma zaspokoić moją potrzebę posiadania GĘSI. Tym razem wzrok mój bystry wyszukał kaczki, o popatrzcie:
Wyszperałam dwie sztuki i oczywiście obydwie nabyłam. Nie tylko ja miałam na nie chętkę..., ale za to ja byłam pierwsza:D. Teraz wciąż poszukuję dla nich odpowiedniego miejsca. Pierwszym pomysłem było oczywiście pobielenie ptaków, ale jak zwykle czasu nie miałam, więć zostały w naturalnym kolorze i teraz nie żałuję. Mam biały kredens w salonie, z którym zawsze są problemy z dekoracją. Stoi na jaśniutkiej ścianie i ciągle szukam sposobu, żeby udekorować go tak, aby nie zlewał się z tłem, bo jest naprawdę pieknym meblem przywiezionym z Francji, z lat 30-tych i mam do niego ogromny sentyment. Był pierwszym moim nabytkiem w stylu shabby i początkiem mojej kolekcji bielonych mebli. Tak więc kaczuchy trafiły na kredens, resztę dekoracji dopełniła naleweczka czeresniowa i jabłka. Dekoracja na jesień ukończona. Efekt oceńcie sami:)
Drugi kąt salonu dekoruje ogromny wiecheć kosmosu, który nie wytrzymał ciężaru i padł mi na grządce. Przedłużyłam więc mu trochę żywot w wazonie, również przywiezionym z Francji.
Właściwie to nie wazon, tylko dzban na wodę, mam też do niego misę i żeliwny stojak. W całości prezentuję się tak:
Z tym dzbanem wiąże sie dośc zabawna historia. Ja ZAWSZE wykorzystuje go jako wazon. Trudno, żebym używała go w celach, w jakich został stworzony. W końcu myję się raczej pod prysznicem, a nie w misce:DDD, ale kiedy pokazałam zdjęcie z salonu z dzbanem na pierwszym planie w jednym z portali wnętrzarskich, posypały sie na moja głowę liczne uwagi, że absolutnie salon nie jest miejscem na taki dzban i do łazienki go natychmiast, bo jak to wygląda! Muszę przyznać, że zadziwiona byłam przez dłuższą chwilę... Zdania jednak nie zmieniłam, wydaję mi się, że nie ma nic złego w wykorzystywaniu vintagowych przedmiotów w celach, jakie sobie tylko wymyślimy. Przecież o to chodzi, żeby puścic wodze wyobraźni i bawić się wnetrzem, meblami, dekoracjami. Nie wszystko musi być na serio. Waga jako kwietnik, stary magiel jako wieszak na ręczniki, paleta jako stolik kawowy. Pomysłów można mnożyc bez liku. Co o tym sądzicie?
Pozdrawiam Bella:)
poniedziałek, 1 października 2012
Relacja z Pierwszego Pchlego Targu i.... NIESPODZIANKA!!!
Moi Drodzy Podczytywacze, Nowi Obserwatorzy oraz wszyscy, którzy byli i nie byli na Pchlim Targu w Grabinie...! Oto wyczekana przez Was relacja z tego cudownego dnia! Zgodnie z moja zapowiedzią ukazuje sie w poniedziałkowy wieczór, tak jak obiecałam:D
Było cudnie, piekna pogoda, fantastyczne towarzystwo, piwko, kawka, herbatka, ploteczki i pogaduszki, nowe znajomości, piękne rzeczy, meble, bibeloty, narzedzia ogrodnicze, słowem zapowiedziane MYDŁO I POWIDŁO:)
Muszę przyznać, że parę rzeczy mnie osobiście zachwyciło. Pojawiło się kilka świetnie zrobionych mebli, ze smakiem, w dobrych kolorach, w stylu, który lubię:
Były gustowne dodatki do domu, od porcelanowych po drewniane, polskie, z Filipin, z garażów, z Holandii, wyszukane na strychach, jednym słowem: dla każdego coś dobrego:
Byli fantastyczni Sprzedający oraz fantastyczni Kupujący: piękne dziewczyny, przystojni mężczyźni, cudowni sąsiedzi, na których zawsze mogę liczyć, dużo śmiechu, nowych znajomości i atmosfera taka, że długo wszyscy będziemy ją wspominać:
Była wspaniała, ręcznie malowana porcelana, która zapierała dech w piersiach i która rozchodziła się jak świeże bułeczki. Moi przyjaciele Madzia i Benek są jej twórcami i na dodatek bardzo zdolnymi ludźmi, którzy zawsze wzbudzali mój podziw rozległymi talentami, którymi są chojnie obdarzeni przez Kogoś Tam Na Górze:
Było trochę luksusowych szmatek z markowymi metkami i trochę stylowych szmatek z drugiej ręki oraz biżuteria przywieziona z Filipin:
Były doskonałe mydła, wytworzone przez pewną zdolną mamę uroczego Filipa, który odkrywszy w sobie żyłkę handlowca nikogo nie wypuścił z Targu bez cudownie pachnącego, naturalnego mydełka: lawendowego, miodowego, owsianego, czekoladowego... Ach.. były takie, że miało się chęć je chrupnąć jak najlepszy smakołyk:
Chodziłam, oglądałam, podziwiałam i... strasznie żałowałam tych, którzy z racji odległości lub planów innych nie mogli dotrzeć:(
Myślałam, myślałam i postanowiłam: NIE MOŻE TAK BYĆ! I tu Moi Kochani zapowiedziana w tytule:
WIELKA NIESPODZIANKA
Otóż, dzięki uprzejmości jednych ze Sprzedających, którzy są moimi Dobrymi znajomymi (znamy się coś kole 20 lat!!!) postanowiłam wybrać coś dla tych wszystkich, którzy nie mogli spędzić z nami tego wspaniałego dnia, a bardzo by chcieli troszkę pobuszować na takim Pchlim Targu. Wybrałam dla Was Moi Wirtualni Przyjaciele parę drobiazgów, które mam nadzieję, przypadną Wam do gustu:)
SERDECZNIE ZAPRASZAM NA BLOGA, KTÓREGO WŁAŚNIE Z MYŚLĄ O WAS UTWORZYŁAM I GDZIE MOŻECIE POBUSZOWAĆ W SKARBACH Z PCHLEGO TARGU W GRABINIE.
BUSZUJCIE, WYBIERAJCIE, KUPUJCIE:)
SKLEPIK ZE ZNALEZISKAMI PRZERÓŻNYMI OTWIERA SWOJE PODWOJE:)
Pozdrawiam Wszystkich, dziękuję
sobota, 25 sierpnia 2012
Shabby chic czyli niedbałe malowanie w sypialnianych klimatach.
Jak zaczęłam to malowanie, to skończyć nie mogę.. Przyznaję, że ogromną rolę odgrywa tu pogoda, bo nie ma nic przyjemniejszego niż rozłożenie warsztatu na świeżym powietrzu:) Siedzę sobie na trawce, psy biegają, dzieci śpią (nie ukrywam, że to warunek konieczny, hehe) i dzięki tak sprzyjającym warunkom, zagospodarowałam wreszcie puste ściany i przestrzenie w sypialni:
Ramki, rameczki, stare, nowe, stylizowane...., mam ich tysiące, bo lubię, zbieram, wyszukuję, kupuję... Wiedziałam, że chcę je powiesić w sypialni, tylko ciągle się wahałam, na której ścianie i w jakim porządku. A muszę się Wam przyznać, że ja tak wahać się potrafię miesiącami. Siadam czasem, rozglądam się po pokoju i urządzam go w myślach i.... na myśleniu poprzestaję. Ciągle mam mnóstwo pomysłów, tylko nie mogę zdecydować się, z którego skorzystać. Bo, a nuż, widelec te rameczki na innej ścianie lepiej by wyglądały??? Nie ukrywam, że jest to jeden z powodów, dla którego mój dom wciąż nie jest urządzony do końca:) I ten stan "domu otwartego na pomysły" chyba najbardziej mi odpowiada:DDD Przecież jak go urządzę od A do Z to co dalej??? Nowy dom??? Wykluczone:DDD
Za co kocham shabby chic? Za to, że to styl stworzony dla mnie:) Osoby niecierpliwej, która lubi efekt mieć szybko i od ręki. Bierzesz pędzel, albo gąbkę, albo szmatkę (dysponuję niezmierzoną ilością pieluch tetrowych w stanie średniego zużycia), rozwodnioną farbę i machasz na prawo i lewo. Im bardziej niedokładnie, tym lepiej. Jak za dużo farby nałożysz, to ścierasz. A jak nie zdążysz zetrzeć, to jak wyschnie przetrzesz papierem ściernym. No nie znam prostszej metody malowania! I na dodatek nie trzeba w tym celu kończyć Akademii Sztuk Pięknych:) I tak, popijając lekkie, schłodzone, białe wino, macham sobie niedbale rączką i oto jakie cuda wychodzą:
tu widać, jak łatwo zetrzeć nadmiar farby i jaki fantastyczny efekt uzyskujemy
Jak już sobie pobieliłam to, co było do pobielenia, to rach ciach, zgodnie z wieloma radami z różnych blogów, ułożyłam kompozycję. Najpierw na trawie, a potem na ścianie i już wiedziałam, że efekt będzie murowany. Michał błyskawicznie powbijał gwoździe i zostało mi już tylko wybranie zdjęć.
Koniecznie muszę Wam pokazać zdjęcie, które było inspiracją do powstania tej mini-galerii. To zdjęcie moich rodziców. Uwielbiam je! Jest na nim taka radość, energia, świeżość. Patrząc na nie czuję miłość i młodość. I chociaż przedstawia tak ulotną chwilę, to wierzę, że tu, w tym momencie, byli naprawdę szczęśliwi. Ich późniejsze drogi rozeszły się, tata nie żyje... Jednak ja chcę wierzyć, że przeżyli wiele cudnych chwil. Chwil, takich, jak ta:
Jak już zagospodarowałam jedną ścianę, to wzięłam się jeszcze za inne kąty sypialni. Pomalowałam na biało nogę od manekina, którego dostałam w prezencie od najlepszej przyjaciółki na świecie (Kasieńko, buziaki!!). Przy okazji pod pistolet wpadła druga z moich zdobycznych Maryjek, (historia pierwszej jest o TUTAJ), która była tak wypacykowana odpustowo z lekkim zezem na obliczu, że nie dałam rady pozostawić jej w stanie naturalnym. Pomalowana na biało, nabrała zdecydowanie szlachetności. Na tle moich karminowych ścian, prezentuje się doskonale:).
Byż może zaskoczył Was kolor ścian w mojej sypialni. Wszystko dookoła bielę, rozjaśniam, otulam w szarości i beże, a tu.. proszę - kolor dość odważny:) Odpowiedź moja brzmi: kocham ten kolor! Nazywa się : stylowy karneol, firma Magnat. Ni to ciemny róż, ni to wino, ni to koral... Jest piękny! Budzę się w tym wnetrzu, które kiedyś było pomalowane w kolorze pudrowego, brudnego różu i od razu mam doskonały humor. Nastraja mnie optymistycznie i daje kopa energetycznego od rana. Wieczorem w blasku świec, wygląda równie pięknie. Białe meble i pobielone dodatki mają teraz fantastyczne tło.
Oczywiście nie mogę powiedzieć, że sypialnia już urządzona, o nie! Brakuje mi jeszcze toaletki i lustra. To znaczy już pewne elementy mam, ale jeszcze nie pomalowane, nie ozdobione,więc proces tworzenia wciąż trwa. Mam nadzieję, że za jakiś czas będę ogła się pochwalić kolejnym zagospodarowanym kątem.
A na koniec wspomnieniowa fotografia z lat 80-tych:
Ach... człowiek był kiedyś piękny i młody....:D
Pozdrawiam Was Moi Kochani!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























































