O mnie

Moje zdjęcie
kontakt: bellaiblizniaki@gmail.com

Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 marca 2013

Jajka i pietruszka:)

   Człowiek wrócił z ciepłych krajów, porządnie liźnięty słońcem, z wygrzanymi starymi kośćmi, a tu co? Co to ma być za tym oknem....? Biało, i biało, i biało, i jeszcze mroźno, i mroźno, i mroźno! Domagam się wiosny, temperatury powyżej 10 stopni przynajmniej i jakiejś zieleniny, która już mogłaby wychylać swe łebki do słońca. Potrzeba mi też koloru, bo nudą mi wieje zza okien i choć kocham biel, to już sio z ogrodu, sio sprzed oczu! Na dodatek w tej chwili wieje taki wiatr, że łeb urywa, ale to chyba na zmianę pogody, mam nadzieję:)
   Zaczęłam się więc rozglądać powoli za wielkanocnymi i wiosennymi ozdobami. Na razie jeszcze ospale mi to idzie, ale już coś mam! Muszę Wam się przyznać, że kiedyś dość dobrze szydełkowałam, ale to było w tak zamierzchłych czasach, że nawet nie mam w domu szydełka... cóż... (a to miał być blog o domowej twórczości, tfu!) No nic, zakupię niebawem i chyba jeszcze będę musiała wziąć parę lekcji, co by przypomnieć sobie co nie co:) Póki co zachwyciły mnie koszulki na jajka, które dzierga urocza P. Basia, koleżanka mojej mamy. Mówię Wam, jaka zdolna z niej kobitka! Czego ona nie potrafi... Już nie raz miałam okazję podziwiać jej rękodzieło. Oczywiście zamówiłam u niej, z czystego lenistwa, kilka tych cudeniek i już zdobią moje jajka.


Zapytacie pewnie: a skąd ta wspaniała półeczka na jajeczka... Ha! To znów zdobycz z moich pchlich targów, które organizowałam w zeszłym roku. Kosztowała 15 zł! super, co? I oczywiście, jak tylko zniknie to coś białego i zimnego zza okna, to znów pomyślę o kolejnej edycji targu w Grabinie, więc Kochani, szykujcie się:)


   Szczerze mówiąc, to na tyle jeśli chodzi o moje przygotowania do Wielkanocy, bo ciągle jeszcze pozostaję w klimatach wyjazdowych. Piegi na nosie nie daja mi zapomnieć o dubajskim słońcu, a podniebienie o smakach tamtejszej kuchni. O dziwo, odkryłam tam na nowo smak pietruszki, w bardzo prostej sałatce o nazwie: tabbouleh. Myślę sobie, że ta libańska sałatka to doskonałe przywitanie wiosny. Jadłam kilka wersji tabuli, ale najbardziej mi smakowała przyrządzona przez moją Kaśkę, która mieszka od kilku lat w Emiratach i trzeba przyznać, że ma talent do gotowania szybkiego, prostego i bardzo smacznego.






    Ja z pietruszki odrywam listek po listku, bo mój mąż nie cierpi "patyczków" czyli gałązek. Wszystkie składniki drobniutko siekamy, mieszamy.  Kaszkę kuskus przygotowujemy zgodnie z przepisem na oipakowaniu i dodajemy dwie łyżki stołowe do sałatki i ponownie mieszamy. Na końcu dodajemy  sól, pieprz do smaku, skrapiamy cytryną i oliwą. Ja niestety nie kupiłam na mojej wsi granatu, ale zapewniam Was, że dodanie paru ziarenek cudownie przełamuje ostrość cebuli i pietruszki.
   I oto przed nami prawdziwa bomba witaminowa, bo PIETRUSZKA Kochani to witamina B12, C i K, beta karoten, kwas foliowy, fluor, wapń, żelazo, chlorofil i kwasy tłuszczowe. Pietruszka zwalcza przeziębienie, infekcję i gorączkę, działa moczopędnie i ma dobry wpływ na nerki, zwalcza anemię, wspomaga trawienie, reguluje cykle menstruacyjne, zapobiega bólom miesiączkowym, zwiększa odporność, oczyszcza krew, zapobiega starzeniu się, gdyż zwalcza wolne rodniki i pomaga przy alergiach. Imponujące, co?


   Tabule możecie podać do obiadu, do mięsa lub grillowanych warzyw lub jak sobie życzycie:) W każdym razie zachęcam do spróbowania i życzę smacznego:)

Wasza Bella herbu Zielona Pietruszka:)
(aktualnie jestem na etapie przygód Baltazara Gąbki, hihi)



środa, 7 listopada 2012

Krzesło dla Pati, chleb od Agnieszki

Jak zapewne niektórzy z Was wiedzą, od czasu do czasu robię krzesła. Tym razem zrobiłam wersję londyńską dla sympatycznej Pati, która jest pasjonatką wnętrz i właśnie zmaga się z generalnym remontem swojego mieszkania. Materiał zakupiony na: www.dekoria.pl, stelaż krzesła znaleziony na Allegro. TUTAJ pisałam już o tych krzesłach, więc dzisiaj tylko zdjęcia robione w pośpiechu, tuż przed zapakowaniem krzesła do samochodu nowej właścicielki.






Wczoraj miałam wychodne, więc buszowałam chwilę po mieście i znalazłam jeszcze dla Pati pewien drobiazg, który mam nadzieję spodoba jej się. Wpadaj Pati na herbatkę, prezencik mam dla Ciebie:). Chyba będzie pasował do krzesła:). Podkładki pod kubas z english tea.


Zajęta robieniem krzesła przegapiłam kilka razy Pana Piekarza, który przyjeżdża na naszą wieś z chlebem i zostałam zmuszona do uruchomienia własnej piekarni w postaci Pana Męża i jego zdolnych rączek. Ukłony dla Pana Męża:) Piekliśmy już nie raz własne chleby, ale ostatnio zachwycił nas chlebek, który pożarliśmy podczas nocnego nalotu u naszych przyjaciół, którzy co prawda w piżamach i z lekkim zdziwieniem na twarzy powitali nas w późny, sobotni wieczór, ale mimo zaskoczenia ugościcili wyśmienicie. Dostaliśmy pyszne, świeżutkie, pachnące, gorące pajdy chleba z masłem, gorącą herbatę i ja jako szczęsliwie wylosowana nie-kierowca  doskonałego drinka:DD. Chleb nas powalił na kolana i oczywiście Szanowny Pan Mąż natychmiast wziął przepis i uraczył rodzinkę chlebem naszym powszednim:)






Mniam, mniam...

Oczywiście nie zostawię Was tylko ze zdjęciami chleba. Już wzywam Pana Męża, żeby skrupulatnie przepisał dla Was składniki, proporcje i opis działań. Mam tylko nadzieję, że Aga zła na mnie nie będzie na rozpuszczenie w świat jej znakomitego przepisu:)

Agnieszkowy Chlebek

1kg maki krupczatki
1,5 łyżki soli
4 łyzki cukru
1 litr ciepłej wody
42 gramy drożdży (są takie paczki)
6 łyżek słonecznika łuskanego
szklanka otrębów/otrąb pszennych (po sporze z mężem doczytalismy, że obie formy są poprawne:))
3 łyzki pestek dyni
3 łyzki siemienia lnianego
suszone sliwki lub rodzynki lub żurawina

ciasto zarobić, pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia ok 20 minut, ponownie zamieszać i włożyc do dwóch foremek wysmarowanych margaryna i obsypanych resztką otrębów

Piec 50 minut w 220 stopniach z termoobiegiem, potem juz tylko czekać i jeść, jeść, jeść do ostaniego okruszka:). Jest pyszny nawet po trzech dniach, chociaz rzadko kiedy dane jest mu doczekac tak długo:)

Pozdrawiam i nieustająco zapraszam na zapisy pod candyzowanym, poprzednim postem.

Wasza Bella.


środa, 19 września 2012

Jesień w kolorze paprykowej czerwieni.

Dżem paprykowy

Składniki:
5kg papryki
3/4kg cukru

Kolor, zapach, smak, po prostu bajka!



5 kg papryki - wybrać gniazda nasienne, pokroić w kostkę


Włożyć do gara:)

Zasypać cukrem, ok 3/4 kg


Mieszać, żeby sie nie przypaliło. Na początku idzie ciężko, potem papryka puszcza sok, siada i już jest łatwiej:)



Gotować do miękkości, ale bez przesady, żeby ciapy nie było i miksujemy


Jak nie chcemy pasteryzować (ja nie mam czasu), podgrzewamy i gorące wkładamy do słoików. Zakręcamy, stawiamy do góry dnem i gotowe. Voila!



Doskonały do kanapki z białym serem, do delikatnych wędlin. Mniam, mniam, pychota! W zeszłym roku jadłam po raz pierwszy dzięki uprzejmości pewnej Pani Beaty (kłaniam się nisko Pani Beato:)). Zniknął w mgnieniu oka! W tym roku zrobiłam zapas nieco wiekszy, żeby delektować sie tym rarytasem zimową, ponurą porą.

czwartek, 19 stycznia 2012

Wielkie wydarzenie!!! Bliźniaki skończyły 1 rok!!!!

Wczoraj świętowaliśmy:), hucznie i wesoło, w gronie najbliższej rodziny pierwszy rok Jasia i Stasia! Aż nie chcę mi się wierzyć, że to już, całe 12 miesięcy, są z nami. Mężczyźni mego życia:). Tyle mamy już za sobą, i łez, i radości, jak to w życiu:). Patrząc w ich roześmiane buźki, wiem, że było warto! I popłakać, i się pomęczyć, i powyć czasem do księżyca... Były chwile straszne i chwile wesołe, chwile wzruszające i chwile frustracji. Kompletny galimatias. I pewnie jeszcze przede mną miliony nowych przeżyć, których na razie nawet nie próbuję sobie wyobrazić...
Jest taki zwyczaj, że na roczek daje się dzieciom do wyboru różne przedmioty. Wybór jednej z nich ma podobno przepowiadać przyszłość;), przyszły zawód czy drogę życiową;) Ok, i my daliśmy im do wyboru: książeczkę, długopis, banknot, różaniec i kieliszek:



Odetchnęłam z ulgą, że nie wybrali kieliszka, hihi. Każdy chwycił za długopis, hm... Czy będą pisarzami czy gryzipiórkami? A może będą pisać bloga? Kto wie? Czy pamiętacie może co Wy wybraliście? Opowiadali Wam rodzice? Ja zapomniałam zapytać, ale zaraz wybadam sprawę:) W sumie zabawny zwyczaj, śmiechu było sporo, dzieciaki nie wiedziały o co chodzi, ale skoro wszyscy się cieszyli, to i one były zadowolone:)

Nie zabrakło też przysmaków na stole. Jeden z nich, to fantastyczny tort łososiowo-tuńczykowy. No po prostu palce lizać! Przepis pochodzi od moich sąsiadów: Halinki i Krzysia, którzy słyną z doskonałej kuchni. Mój mąż, nawet twierdzi, że on powinien razem z Krzysztofem prowadzić blog kulinarny:) Na pewno cieszyłby się dużą popularnością, bo trzeba przyznać, że chłopaki radzą sobie w kuchni jak ryby w wodzie. W każdym razie  Michał po szybkiej konsultacji telefonicznej z Krzysztofem wziął się do roboty i naszykował:

chleb tostowy, biały pszenny - 2 opakowania
groszek z marchewką w zalewie - 1słoik
3 łyżki majonezu
tuńczyk w kawałkach w oleju - 3 puszki
kostka masła
łosoś w wędzony w plastrach 200gram

i do dekoracji:
cytryna, pomidorki koktajlowe, ogórek, koperek,kawior, biały serek homogenizowany, naturalny

                                          
              Chleb tostowy okrawamy ze skórki:



Troszkę się Misiek rozszalał i zrobił aż 24 porcje! (każdy taki kwadracik, jak wyżej, później kroimy na dwie części). Następnie robimy 2 masy, którymi będziemy przekładać kanapki:
Pierwsza masa to marchewka z groszkiem wymieszana z trzema łyżkami majonezu.




Druga masa to tuńczyk w oleju zmiksowany z masłem (razem z tym olejem, żeby uzyskać gładką konsystencję). Proponuję jednak, żeby nie wlewać od razu całego oleju, tylko dodawać stopniowo aż uzyskamy taki efekt, o jaki nam chodzi:)


I rozpoczynamy nasz przekładaniec: chleb, groszek z marchewką, 


chleb,

                                                        
         pasta tuńczykowa,

                                                                         
  łosoś

                                                                        
    chleb

                                                         
   przekrawamy na trójkąty

                       
     i każdy trójkącik smarujemy pastą tuńczykową z wierzchu i dookoła
           
                                         
    W tym momencie wkroczyłam ja z dekoracjami:

                                                
                I mamy efekt końcowy!

                                                                
  NIEBO W GĘBIE!!!

Na zakończenie nie mogło zabraknąć też prezentów dla chłopców, którzy jak prawdziwi mężczyźni nie mogli się nacieszyć nowymi gadżetami i z uwagą wysłuchali uwag wujka o zasadach ruchu drogowego:))))




Jednym słowem, bardzo udany wieczór:) I co najważniejsze WYPOCZĘŁAM, bo nikogo nie trzeba było namawiać do zabaw z dzieciakami. Ta więc kochani pojadłam, popiłam, pośmiałam się i nieco zrelaksowałam. Tego mi było trzeba!

Do usłyszenia i dziękuję raz jeszcze za Wasze komentarze i miłe słowa pod ostatnim postem. Muszę przyznać, że zaczynam się czuć w blogowym światku jak w wielkiej wirtualnej rodzinie)))