Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie było mojego domu, w jego miejscu stała stara stodoła. A w stodole leżało mnóstwo rupieci mniej i bardziej przydatnych poprzedniemu właścicielowi. Podczas sprzedaży ziemi okazało się, że rupiecie te są mu zdecydowanie niepotrzebne i tak oto stałam się ich legalnym posiadaczem. A ponieważ zawsze miałam manię zbieractwa i przekonanie, że wszystko może kiedyś okazać się niezbędne, postanowiłam je zatrzymać.
Na zakupionej przeze mnie ziemi stoi urokliwy barakowóz, który stał się szopką na wszystkie "przydasie". Wcześniej, podczas budowy służył mi dzielnie jako mój domek letni i mam nadzieję, że kiedyś znów się domkiem stanie. Barakowóz został szumnie ochrzczony: "atelier", gdyż w stodole właśnie znalazłam stary szyld, od którego słówko "foto" dawno gdzieś zaginęło.
Kiedy dom już stał, a po stodole ślad nie został:(, z dumą wprowadzałam się do pustych ścian, całych w betonie, ze smętnie zwisającymi kablami zakończonymi gdzie nie gdzie żarówkami. Kasy nie było, mebli nie było, miałam tylko zagospodarowana małą łazienkę, czajnik elektryczny i łóżko, które kiedyś też Wam pokażę:) Nie miałam wtedy nawet głowy do urządzania, dekorowania i innych pierdół, tak bardzo zaprzątnięta byłam PRZETRWANIEM...
Na szczęście, jak to w bajkach bywa, po pewnym trudnym czasie, los się nieco odmienił:) Pojawił stół, o którego istnieniu całkiem zapomniałam. Wreszcie miałam porządny mebel, choć niepiękny, ale jakże niezbędny! Oczywiście pojawiły się też krzesła, które kupiłam w jakiejś rupieciarni. Wszystko razem było odrapane, poplamione, ciemne i brzydkie. Co było robić? Zakasałam rękawy i wzięłam się do roboty:)
Najpierw szlifowanie starych warstw farb i lakierów, potem malowanie. Pierwsza warstwa farby to ciemnofioletowy akryl do drewna i metalu (nie pamiętam już nazwy), następnie przetarłąm świeczką ranty i rzeźbienia, a w miejscach, gdzie chciałam uzyskać efekt spękań specjalna emulsja "crack" do decoupage'u. Na koniec akryl "pastelowa orchidea" i przecierka papierem ściernym tam, gdzie była świeczka. To było moje pierwsze spotkanie z bieleniem, techniką shabby chic i przecierkami.
Stół postanowiłam ozdobić dodatkowo motywem lści winogron. Musiałam uzbroić się w niezłą cierpliwość wycinając te wszystkie esy floresy. Blat nie jest za piękny, więc miałam nadzieję, że to mu nieco pomoże w urodzie. Na koniec rzuciłam bieżniczek przywieziony kiedyś z wakacji, wytapicerowałam siedziska krzeseł materiałem w róże i voila! Mój pierwszy prawie prowansalski komplecik gotowy:)
Szczerzę mówiąc, po zrobieniu byłam dumna jak paw:)) Teraz już mój zachwyt wyraźnie się zmniejszył. Już mnie nosi na zmianę obić na krzesłach i na inny stół, ale póki co, ten stoi i ma się dobrze:)








