O mnie

Moje zdjęcie
kontakt: bellaiblizniaki@gmail.com

Google Website Translator Gadget

wtorek, 24 stycznia 2012

Dumna i Blada...:)

Nie chwaliłam się, bo jakoś okazji nie było, że robię krzesła. A tak! Wymyśliłam sobie zajęcie na nieco przydługi i nieco przynudny okres macierzyństwa. I tak pomiędzy przewijaniem jednej kupy, zmianą pieluchy na pupie drugiej, robię sobie krzesełka. I tu już widzę oburzoną minę mego M: "jak to to robisz?????" , "sama???" Muszę więc oddać sprawiedliwość i rzec: "robimy":) A sprawa ma się tak, że ja wymyśliłam pracę, a mój M odwala czarną robotę:) Zaczęło się od tego, że zakupiłam w necie 25 krzeseł, co to już nikt ich nie chciał, a mnie wpadły w oko: takie stylizowane ludwiczki niby XVI. Dostrzegłam w nich potencjał, choć nie były to moje ukochane medaliony (takie z owalnymi oparciami, wiecie jakie?). Przyjechały do mnie i stały jakiś czas, a ja im się przyglądałam.



Jak to zwykle bywa największym problemem okazał się wybór materiałów. Niestety w kraju naszym pięknym materiałów o wzornictwie innym niż esy floresy na burym tle, jak na lekarstwo. Szukałam, szukałam, w końcu znalazłam na początku KILKA(!!) w miarę ciekawych. Pomysł był taki, żeby obicie było nowoczesne, jakieś zdjęcia, może grafika i do tego stelaż krzesła taki lekko stylizowany. Na pierwszy ogień zrobiłam trzy wzory.


 

I wystawiłam... wiadomo gdzie:) Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że od razu zostanę milionerką i producentem krzeseł na wielką skalę, ale liczyłam, że te parę groszy dorzucę do budżetu domowego. I o dziwo okazało się, że krzesełka się podobają i od czasu do czasu udawało mi się sprzedać. Za każdym razem cieszyłam się jak dziecko i drżałam czy aby na pewno spodobają się Kupującemu. Były to moje pierwsze prace, więc rozumiecie tremę...
Aż tu, razu pewnego, czyli ze dwa dni temu dzwoni psiapsiółka i krzyczy: "słuchaj, słuchaj, widzę Twoje krzesła!!!! W gazecie!!!" Od razu wysłała mi mms'a i rzeczywiście oczom moim ukazały się moje krzesełka, które sprzedałam jakiś czas temu. Oczywiście M natychmiast dostał zadanie bojowe, zdobycia styczniowego wydania "Czterech Kątów". Zdobył! A ja już szybciutko fotografuję je dla Was i CHWALĘ SIĘ!






Niestety nie mam ich teraz wystawionych, bo nie mogę malować ich zimą:( Maluję pistoletem do malowania podłączonym do kompresora i robię to na dworze. Nie mam garażu (jeszcze, mam nadzieję), ani innego pomieszczenia, w którym mogłabym oddawać się szaleństwu bielenia wszystkiego na prawo i lewo! Raz jedno zamówienie robiłam w domu.... Noooo..... sprzątanie po tym, to nie na moje nerwy! Farba w postaci białego pyłu była wszędzie, WSZĘDZIE!!! Nawet pod łóżkiem w zamkniętej szczelnie sypialni. Krótko mówiąc, za żadne skarby, nie zrobię ich zimą. Co nie zmienia faktu, że aktualnie chodzę dumna i blada:)

                               Wasza Dumna i Blada Bella Od Bliźniaków:))


czwartek, 19 stycznia 2012

Wielkie wydarzenie!!! Bliźniaki skończyły 1 rok!!!!

Wczoraj świętowaliśmy:), hucznie i wesoło, w gronie najbliższej rodziny pierwszy rok Jasia i Stasia! Aż nie chcę mi się wierzyć, że to już, całe 12 miesięcy, są z nami. Mężczyźni mego życia:). Tyle mamy już za sobą, i łez, i radości, jak to w życiu:). Patrząc w ich roześmiane buźki, wiem, że było warto! I popłakać, i się pomęczyć, i powyć czasem do księżyca... Były chwile straszne i chwile wesołe, chwile wzruszające i chwile frustracji. Kompletny galimatias. I pewnie jeszcze przede mną miliony nowych przeżyć, których na razie nawet nie próbuję sobie wyobrazić...
Jest taki zwyczaj, że na roczek daje się dzieciom do wyboru różne przedmioty. Wybór jednej z nich ma podobno przepowiadać przyszłość;), przyszły zawód czy drogę życiową;) Ok, i my daliśmy im do wyboru: książeczkę, długopis, banknot, różaniec i kieliszek:



Odetchnęłam z ulgą, że nie wybrali kieliszka, hihi. Każdy chwycił za długopis, hm... Czy będą pisarzami czy gryzipiórkami? A może będą pisać bloga? Kto wie? Czy pamiętacie może co Wy wybraliście? Opowiadali Wam rodzice? Ja zapomniałam zapytać, ale zaraz wybadam sprawę:) W sumie zabawny zwyczaj, śmiechu było sporo, dzieciaki nie wiedziały o co chodzi, ale skoro wszyscy się cieszyli, to i one były zadowolone:)

Nie zabrakło też przysmaków na stole. Jeden z nich, to fantastyczny tort łososiowo-tuńczykowy. No po prostu palce lizać! Przepis pochodzi od moich sąsiadów: Halinki i Krzysia, którzy słyną z doskonałej kuchni. Mój mąż, nawet twierdzi, że on powinien razem z Krzysztofem prowadzić blog kulinarny:) Na pewno cieszyłby się dużą popularnością, bo trzeba przyznać, że chłopaki radzą sobie w kuchni jak ryby w wodzie. W każdym razie  Michał po szybkiej konsultacji telefonicznej z Krzysztofem wziął się do roboty i naszykował:

chleb tostowy, biały pszenny - 2 opakowania
groszek z marchewką w zalewie - 1słoik
3 łyżki majonezu
tuńczyk w kawałkach w oleju - 3 puszki
kostka masła
łosoś w wędzony w plastrach 200gram

i do dekoracji:
cytryna, pomidorki koktajlowe, ogórek, koperek,kawior, biały serek homogenizowany, naturalny

                                          
              Chleb tostowy okrawamy ze skórki:



Troszkę się Misiek rozszalał i zrobił aż 24 porcje! (każdy taki kwadracik, jak wyżej, później kroimy na dwie części). Następnie robimy 2 masy, którymi będziemy przekładać kanapki:
Pierwsza masa to marchewka z groszkiem wymieszana z trzema łyżkami majonezu.




Druga masa to tuńczyk w oleju zmiksowany z masłem (razem z tym olejem, żeby uzyskać gładką konsystencję). Proponuję jednak, żeby nie wlewać od razu całego oleju, tylko dodawać stopniowo aż uzyskamy taki efekt, o jaki nam chodzi:)


I rozpoczynamy nasz przekładaniec: chleb, groszek z marchewką, 


chleb,

                                                        
         pasta tuńczykowa,

                                                                         
  łosoś

                                                                        
    chleb

                                                         
   przekrawamy na trójkąty

                       
     i każdy trójkącik smarujemy pastą tuńczykową z wierzchu i dookoła
           
                                         
    W tym momencie wkroczyłam ja z dekoracjami:

                                                
                I mamy efekt końcowy!

                                                                
  NIEBO W GĘBIE!!!

Na zakończenie nie mogło zabraknąć też prezentów dla chłopców, którzy jak prawdziwi mężczyźni nie mogli się nacieszyć nowymi gadżetami i z uwagą wysłuchali uwag wujka o zasadach ruchu drogowego:))))




Jednym słowem, bardzo udany wieczór:) I co najważniejsze WYPOCZĘŁAM, bo nikogo nie trzeba było namawiać do zabaw z dzieciakami. Ta więc kochani pojadłam, popiłam, pośmiałam się i nieco zrelaksowałam. Tego mi było trzeba!

Do usłyszenia i dziękuję raz jeszcze za Wasze komentarze i miłe słowa pod ostatnim postem. Muszę przyznać, że zaczynam się czuć w blogowym światku jak w wielkiej wirtualnej rodzinie)))

środa, 11 stycznia 2012

Post prozdrowotny i o zawale serca

Nie mam weny na pisanie, a może bardziej na robienie zdjęć, więc strasznie ociągam się z tym pierwszym wpisem w Nowym Roku. Nurtuje mnie natomiast jedna myśl: nie dotrzymujemy postanowień. Zauważyłyście? Robimy je na Nowy Rok, albo z innej okazji, czasami nawet skrzętnie zapisujemy, a potem jakoś tak wszystko bierze w łeb. A bo czasu brak, a bo dzieci, a bo mąż, a bo zwyczajne lenistwo... Czytając Wasze blogi wiem, że istnieje też grupa, która wcale niczego nie postanawia, bo i tak wie, że nie dotrzyma:)) W sumie normalka:) Sama też święta nie jestem i oczywiście zapominam o swoich postanowieniach, albo spycham je w takie rejony mojego umysłu, które rzadko odwiedzam...:)) Na ten rok postanowiłam na przykład, że nauczę się szyć. Nauczę, to może zbyt wielkie słowo, ale przynajmniej spróbuję usiąść do maszyny i zobaczę jak to działa. W tym celu pożyczyłam nawet maszynę od niezastąpionej Janeczki-sąsiadki i na razie mam wrażenie, że maszyna za każdym razem jak przechodzę koło niej  szczerzy na mnie zęby:))) A ja w wyobraźni już szyję  te Tildy i poduszki, i serduszka, i torby, już widzę jak wychodzą spod mojej ręki te równiutkie ściegi... ach... rozmarzyłam się...
Ale ja nie o szyciu, tym razem, nie, nie. Szycie zostawiam specjalistom. Nawet zamówiłam coś u jednej z Was, ale jeszcze paczki nie wysłałam z materiałem... Wstyd, wstyd... LLoko mam nadzieję, że nie tracisz cierpliwości:)
Dzisiaj chciałam napisać o innym postanowieniu. Wiem, że niektóre z Was miały takie postanowienie, ale nie dotrzymały, przesuwacie na później i na później... Dziewczyny i Panowie też, jeśli tacy są  
                          BADAJCIE SIĘ OKRESOWO!!!! 


Wiem, że to przynudzanie, że niby każdy to wie, ale posłuchajcie doświadczonej przez los czyli mnie:) Nie lekceważcie tego!!! Ja oczywiście niby też to wiedziałam, ale ignorowałam. Wiedziałam, że coś tam w sercu mam, jakaś wada, ale drobna... W sumie nic poważnego. Nie badałam, nie kontrolowałam, nic mi nie było. Do czasu... We wrześniu, tuż przed rozpoczęciem bloga - zawał. Tak, tak, zawał. Wiem jak to brzmi! Dodam tylko, że nie jestem jeszcze wiekową staruszką. I wiecie, to nie było szczególnie widowiskowe, nie padłam zemdlona chwytając się za serce, nie, nie. Po prostu rozbolało mnie w klatce piersiowej na tyle mocno, że się lekko zaniepokoiłam. Wsiadłam więc sama (mąż został z chłopcami w domu) do samochodu, pojechałam do dyżurującego szpitala, zaczekałam w kolejce i powiedziałam, że mnie boli. Tyle! A dalej to już nic ciekawego : badania, zdziwienie, powtórne badania, OIOM, podłączenie do aparatury jednej, drugiej, jeszcze większe zdziwienie, wręcz niedowierzanie i... musiałam trochę przewartościować swój świat. I teraz już wiem, że trzeba się badać! Wszystko, co trzeba: cytologia, morfologia, cycki, zęby, REGULARNIE!!! I proszę, żebyście wpisały to sobie na listę, jako postanowienie najważniejsze na Nowy Rok.
I wybaczcie, ale dzisiaj już nic więcej nie napiszę. Zostawiam Was z tym tematem do przemyślenia. Buziaki!

piątek, 30 grudnia 2011

Nowy Rok tuż, tuż, tuż...


Już za chwileczkę , już za momencik.... Wkraczamy w Nowy Rok... 
Jaki będzie, co przyniesie...? 
Wchodzę w niego pełna nadziei, że będzie jeszcze lepszy, że spełnią się kolejne marzenia, że zrealizuje nowe plany, że pokonam stare lęki, że stanę się lepsza, mądrzejsza, bardziej wyrozumiała. Jak zawsze robię listę postanowień, które pewnie w części zrealizuję, a o niektórych pewnie zapomnę w wirze obowiązków. Ale teraz jeszcze wierzę, że dokonam wszystkiego, co postanowię. To taki miły moment, planowania, postanawiania, wiary w zmiany, jakie ma przynieść ten Nowy Rok. To także moment podsumowań, spojrzenia w przeszłość i wyciągania wniosków.


Rok, który minął był dla mnie wyjątkowy. Pojawiły się w moim życiu upragnione dzieci, to całkiem nowe doświadczenie, piękne,  niezmiernie trudne i cały czas mnie zadziwiające:) Ich pojawienie całkiem mnie odmieniło, zmusiło do zamknięcia przeszłości, przyznaję, dość burzliwej. Skupienie się na nowym życiu wcale nie było, i nadal nie jest, dla mnie łatwe. Uczę się nowego życia, uczę się spokoju, uczę się funkcjonowania w nowej rodzinie.


Pojawienie się dzieci to początek tworzenia Domu. Domu, który ma dla nich być gniazdem, ostoją, miejscem, do którego będą wracać. Chcę zapewnić im spokój, ciepło, miłość. Dom ma dać im pewność przynależenia do miejsca, w którym zawsze na nich będzie ktoś czekał, do którego zawsze będą mogli wrócić bez względu  na to, jak potoczy się ich życie i gdzie ich rzuci los.


Tworzenie Domu, to także zmiana mojej osobowości. Już nie "biznesłoman" pędząca za karierą, już nie skupiona tylko na sobie i na własnych przyjemnościach Pani. Teraz Matka i Żona. Czasami zagubiona w nowej roli, czasami popełniająca błędy, czasami płacząca do poduszki, bo znów coś nie wyszło, bo nie dałam rady, bo zatęskniłam za innym życiem.
Czy to znaczy, że zrezygnowałam z siebie? Nie, bynajmniej...:) Przewartościowałam, zmieniłam punkt widzenia, wyciągnęłam wnioski z przeszłości i chcę by Nowy Rok umocnił mnie w przekonaniu, że podjęłam właściwe decyzje, że podążam we właściwym kierunku.  I tego sobie życzę!
A Wam? Wam życzę odnajdywania siebie w każdej czynności, w każdym kawałku uszytej poduszki, w każdym kawałku upieczonego ciasta. Bądźmy sobą i cieszmy się z tego, jakich wyborów dokonaliśmy i odnajdujmy szczęście na każdym kroku i w każdej małej, ulotnej chwili. I dawajmy je innym, uśmiechajmy się częściej i mówmy do siebie jak najwięcej miłych słów:)
Szczęśliwego Nowego Roku, Kochani!!



wtorek, 20 grudnia 2011

Kule szyszule, wygrane candy i do Świąt już coraz bliżej....:))

Kiedy zaczęłam czytać pierwsze blogi (i wpadłam, jak śliwka w kompot), najpierw ogarnęło mnie niesamowite zdziwienie, jak strasznie dużo mamy zdolnych babek wokół siebie. Dziewczyny robią takie rzeczy, że po prostu szczena opada. Pomyślałam wówczas, że zazdroszczę... talentów wszelakich, energii, pasji, jaką wkładacie w najprostsze czynności. Cały ten blogowy babski światek wydał mi szalenie wciągający, interesujący i dopadła mnie chęć przynależenia. Człowiek jednak jest zwierzęciem stadnym (poza wyjątkami, ale nie o nich dzisiaj) i lubi przynależeć. Poza tym blogi to kopalnia pomysłów, tyle rzeczy można zrobić w domu inspirując się Waszymi pracami. Moją pierwszą fascynacją były kule szyszule, które zobaczyłam w Green Canoe. Nie dosyć, że piękne, to jeszcze łatwe, a na dodatek można je ozdobić, jak tylko się zamarzy. Po prostu musiałam je zrobić:). Czasu, jak wiecie mam jak na lekarstwo, więc moja wersja jest mini. Dodam, że nawet szyszek nie nazbierałam, tylko dostałam od zaprzyjaźnionej sąsiadki, której naopowiadałam o tym, co to ja z tych szyszek nie narobię...:)) A kiedy sąsiadka pytała czy już są efekty, a ja wciąż nic i nic, to w końcu bidula przytachała samodzielnie torbiszcze pełne szyszek i skończyły się wymówki, trzeba było brać się do roboty:)



Jak już wpadł  w moje ręce pistolet do klejenia i szyszki, to kleiłam i kleiłam, szalenie wciągające zajęcie, mówię Wam.  Po kulach, kolej przyszła na choinki, do kompletu.



Po oklejeniu, zawieszeniu, krytycznej ocenie, stwierdziłam, że jedną przerobię na drzewko i zostanie podarowana naszej kochanej Janeczce, bez której pewnie wciąż bym tylko gadała o tych szyszkach i gadała:)


Drzewko jest zdecydowanie moim faworytem, najbardziej mi się podoba, mam nadzieję, że spodoba się  też Janeczce. Już wiem, że w przyszłym roku Święta będą w kolorach pomarańczy i złota. Może pokuszę się wtedy o zrobienie wersji giga ze światełkami, kto wie?

A na koniec chciałabym pochwalić się moja wygraną w candy u Izy z blogu Zza uchylonych drzwi. Popatrzcie, jaka pięknotka trafiła do mnie, wprost pod choinkę:




Dziekuję Izo, torba jest piękna, niesłychanie starannie uszyta i duuuuża, czego się zupełnie nie spodziewałam. Dokładnie taka, jak lubię i z kieszonką w środku! Doskonale wpisała się u mnie w klimat zimowo-świąteczny. Poza tym, to mój pierwszy prezent, zarówno blogowy, jak i gwiazdkowy. Czuję teraz już wyraźnie, że to zaraz, za chwileczkę, Święta... Pierwsze Święta moich Rozbójników, pierwsze Święta moje tu, na blogu... Jeszcze tylko choinkę trzeba ubrać i ....świętujmy kochani i cieszmy się bliskością naszych rodzin, ciepełkiem domu i przegnajmy wszystkie smutne myśli, jeśli takowe nam się gdzieś zalęgły.... (mnie trochę tak, ale przeganiam, przeganiam...) Pa, pa:)

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Dekoracje błyskawiczne:)

Czasu mało, idą Święta... A ja w polu z dekoracjami, sprzątaniem i ogólnie z przygotowaniami świątecznymi. Ale nic to, jak wiadomo potrzeba jest matką wynalazku. Natchniona przez moją imienniczkę Izę - Bubisę z blogu: Moje życie na wsi, która słusznie zauważyła, że młode stażem blogerki mogą pokazać swoje zeszłoroczne dekoracje z czystym sumieniem, bo w zeszłym roku jeszcze nas na tym wirtualnym świecie nie było, zrobiłam szybki przegląd tego co już mam. Ha! Okazało się, że najwięcej u mnie czerwieni, zresztą, jak widzę, u pozostałych blogowych koleżanek także:)) Fantastycznie, pomyślałam, będzie u mnie zgodnie z trendem:) Ale żeby nie było, że nic nie zrobiłam, rzuciłam się na jeszcze głębsze poszukiwania czerwoności. W tym celu rozbebeszyłam prawie cały dom, więc już wiem, że zaraz czeka mnie wielkie sprzątanie, ale póki co pokazuję co znalazłam. Dwie fantastyczne rzeczy, które udekorują mój cały dom i to w błyskawicznym tempie. I bez wychodzenia z domu!!!

Absolutny numer 1: tasiemka w krateczkę:


Chyba nawet nie muszę Wam mówić, ile cudów można z niej wyczarować. U mnie na pierwszy ogień poszły żyrandole, które dostały urocze świąteczne sukieneczki:)




Nie wiem czy się przyznawać, ale nawet nie zeszyłam tychże sukieneczek, tylko raz, raz szpileczkami poprzypinałam. Czas roboczy niecałe 15 minut!! Mój wzrok padł następnie na tablicę kuchenną i ciach kolejne 20 cm tasiemki poszło w ruch:)


Jeszcze mam zamiar użyć jej do innych dekoracji, ale póki co czas, czas, czas mnie goni... 

A przede mną najbardziej czasochłonny projekt, czyli girlanda. Czas roboczy wykonania ok 1h:) , jak dzieci juz śpią, a Ty człowieku masz jeszcze odrobinę sił. Przepis? Bardzo proszę: wytnij co się da i nanizaj na nitkę (najlepiej czerwoną:)). Ja znalazłam starą girlandę z kwiatków, które, choć ładne, nigdzie mi nie pasowały wcześniej i teraz nagle OLŚNIENIE!! Pociacham ją, dorzucę trochę tektury z jakiegoś pudła, kokardki ze skrawków wstążek po kwiatach i kawałek bawełnianej koronki:









Przed kominkiem zrobiło się już całkiem świątecznie. Ogień trzaska, ciepełko, dekoracje, a że podłoga trochę brudna, to kto by się tym przejmował. Psy na pewno nie. Są absolutnie zachwycone. Zabrakło tylko Luli, mojej najstarszej 17-letniej kundzi, ale ona zawsze chadza swoimi ścieżkami i jak to dama niechętnie integruje się z innymi.


Reszta moich świątecznych pomysłów musi zaczekać, na kolejną wolna chwilkę. A teraz już zmykam, bo dzieciaki dają o sobie znać coraz głośniej. Buziaki dla wszystkich przemiłych blogowych babeczek:) oraz  znajomych i przyjaciół, którzy od czasu do czasu wpadają do mnie poczytać:) Pa!