O mnie

Moje zdjęcie
kontakt: bellaiblizniaki@gmail.com

Google Website Translator Gadget

czwartek, 19 stycznia 2012

Wielkie wydarzenie!!! Bliźniaki skończyły 1 rok!!!!

Wczoraj świętowaliśmy:), hucznie i wesoło, w gronie najbliższej rodziny pierwszy rok Jasia i Stasia! Aż nie chcę mi się wierzyć, że to już, całe 12 miesięcy, są z nami. Mężczyźni mego życia:). Tyle mamy już za sobą, i łez, i radości, jak to w życiu:). Patrząc w ich roześmiane buźki, wiem, że było warto! I popłakać, i się pomęczyć, i powyć czasem do księżyca... Były chwile straszne i chwile wesołe, chwile wzruszające i chwile frustracji. Kompletny galimatias. I pewnie jeszcze przede mną miliony nowych przeżyć, których na razie nawet nie próbuję sobie wyobrazić...
Jest taki zwyczaj, że na roczek daje się dzieciom do wyboru różne przedmioty. Wybór jednej z nich ma podobno przepowiadać przyszłość;), przyszły zawód czy drogę życiową;) Ok, i my daliśmy im do wyboru: książeczkę, długopis, banknot, różaniec i kieliszek:



Odetchnęłam z ulgą, że nie wybrali kieliszka, hihi. Każdy chwycił za długopis, hm... Czy będą pisarzami czy gryzipiórkami? A może będą pisać bloga? Kto wie? Czy pamiętacie może co Wy wybraliście? Opowiadali Wam rodzice? Ja zapomniałam zapytać, ale zaraz wybadam sprawę:) W sumie zabawny zwyczaj, śmiechu było sporo, dzieciaki nie wiedziały o co chodzi, ale skoro wszyscy się cieszyli, to i one były zadowolone:)

Nie zabrakło też przysmaków na stole. Jeden z nich, to fantastyczny tort łososiowo-tuńczykowy. No po prostu palce lizać! Przepis pochodzi od moich sąsiadów: Halinki i Krzysia, którzy słyną z doskonałej kuchni. Mój mąż, nawet twierdzi, że on powinien razem z Krzysztofem prowadzić blog kulinarny:) Na pewno cieszyłby się dużą popularnością, bo trzeba przyznać, że chłopaki radzą sobie w kuchni jak ryby w wodzie. W każdym razie  Michał po szybkiej konsultacji telefonicznej z Krzysztofem wziął się do roboty i naszykował:

chleb tostowy, biały pszenny - 2 opakowania
groszek z marchewką w zalewie - 1słoik
3 łyżki majonezu
tuńczyk w kawałkach w oleju - 3 puszki
kostka masła
łosoś w wędzony w plastrach 200gram

i do dekoracji:
cytryna, pomidorki koktajlowe, ogórek, koperek,kawior, biały serek homogenizowany, naturalny

                                          
              Chleb tostowy okrawamy ze skórki:



Troszkę się Misiek rozszalał i zrobił aż 24 porcje! (każdy taki kwadracik, jak wyżej, później kroimy na dwie części). Następnie robimy 2 masy, którymi będziemy przekładać kanapki:
Pierwsza masa to marchewka z groszkiem wymieszana z trzema łyżkami majonezu.




Druga masa to tuńczyk w oleju zmiksowany z masłem (razem z tym olejem, żeby uzyskać gładką konsystencję). Proponuję jednak, żeby nie wlewać od razu całego oleju, tylko dodawać stopniowo aż uzyskamy taki efekt, o jaki nam chodzi:)


I rozpoczynamy nasz przekładaniec: chleb, groszek z marchewką, 


chleb,

                                                        
         pasta tuńczykowa,

                                                                         
  łosoś

                                                                        
    chleb

                                                         
   przekrawamy na trójkąty

                       
     i każdy trójkącik smarujemy pastą tuńczykową z wierzchu i dookoła
           
                                         
    W tym momencie wkroczyłam ja z dekoracjami:

                                                
                I mamy efekt końcowy!

                                                                
  NIEBO W GĘBIE!!!

Na zakończenie nie mogło zabraknąć też prezentów dla chłopców, którzy jak prawdziwi mężczyźni nie mogli się nacieszyć nowymi gadżetami i z uwagą wysłuchali uwag wujka o zasadach ruchu drogowego:))))




Jednym słowem, bardzo udany wieczór:) I co najważniejsze WYPOCZĘŁAM, bo nikogo nie trzeba było namawiać do zabaw z dzieciakami. Ta więc kochani pojadłam, popiłam, pośmiałam się i nieco zrelaksowałam. Tego mi było trzeba!

Do usłyszenia i dziękuję raz jeszcze za Wasze komentarze i miłe słowa pod ostatnim postem. Muszę przyznać, że zaczynam się czuć w blogowym światku jak w wielkiej wirtualnej rodzinie)))

środa, 11 stycznia 2012

Post prozdrowotny i o zawale serca

Nie mam weny na pisanie, a może bardziej na robienie zdjęć, więc strasznie ociągam się z tym pierwszym wpisem w Nowym Roku. Nurtuje mnie natomiast jedna myśl: nie dotrzymujemy postanowień. Zauważyłyście? Robimy je na Nowy Rok, albo z innej okazji, czasami nawet skrzętnie zapisujemy, a potem jakoś tak wszystko bierze w łeb. A bo czasu brak, a bo dzieci, a bo mąż, a bo zwyczajne lenistwo... Czytając Wasze blogi wiem, że istnieje też grupa, która wcale niczego nie postanawia, bo i tak wie, że nie dotrzyma:)) W sumie normalka:) Sama też święta nie jestem i oczywiście zapominam o swoich postanowieniach, albo spycham je w takie rejony mojego umysłu, które rzadko odwiedzam...:)) Na ten rok postanowiłam na przykład, że nauczę się szyć. Nauczę, to może zbyt wielkie słowo, ale przynajmniej spróbuję usiąść do maszyny i zobaczę jak to działa. W tym celu pożyczyłam nawet maszynę od niezastąpionej Janeczki-sąsiadki i na razie mam wrażenie, że maszyna za każdym razem jak przechodzę koło niej  szczerzy na mnie zęby:))) A ja w wyobraźni już szyję  te Tildy i poduszki, i serduszka, i torby, już widzę jak wychodzą spod mojej ręki te równiutkie ściegi... ach... rozmarzyłam się...
Ale ja nie o szyciu, tym razem, nie, nie. Szycie zostawiam specjalistom. Nawet zamówiłam coś u jednej z Was, ale jeszcze paczki nie wysłałam z materiałem... Wstyd, wstyd... LLoko mam nadzieję, że nie tracisz cierpliwości:)
Dzisiaj chciałam napisać o innym postanowieniu. Wiem, że niektóre z Was miały takie postanowienie, ale nie dotrzymały, przesuwacie na później i na później... Dziewczyny i Panowie też, jeśli tacy są  
                          BADAJCIE SIĘ OKRESOWO!!!! 


Wiem, że to przynudzanie, że niby każdy to wie, ale posłuchajcie doświadczonej przez los czyli mnie:) Nie lekceważcie tego!!! Ja oczywiście niby też to wiedziałam, ale ignorowałam. Wiedziałam, że coś tam w sercu mam, jakaś wada, ale drobna... W sumie nic poważnego. Nie badałam, nie kontrolowałam, nic mi nie było. Do czasu... We wrześniu, tuż przed rozpoczęciem bloga - zawał. Tak, tak, zawał. Wiem jak to brzmi! Dodam tylko, że nie jestem jeszcze wiekową staruszką. I wiecie, to nie było szczególnie widowiskowe, nie padłam zemdlona chwytając się za serce, nie, nie. Po prostu rozbolało mnie w klatce piersiowej na tyle mocno, że się lekko zaniepokoiłam. Wsiadłam więc sama (mąż został z chłopcami w domu) do samochodu, pojechałam do dyżurującego szpitala, zaczekałam w kolejce i powiedziałam, że mnie boli. Tyle! A dalej to już nic ciekawego : badania, zdziwienie, powtórne badania, OIOM, podłączenie do aparatury jednej, drugiej, jeszcze większe zdziwienie, wręcz niedowierzanie i... musiałam trochę przewartościować swój świat. I teraz już wiem, że trzeba się badać! Wszystko, co trzeba: cytologia, morfologia, cycki, zęby, REGULARNIE!!! I proszę, żebyście wpisały to sobie na listę, jako postanowienie najważniejsze na Nowy Rok.
I wybaczcie, ale dzisiaj już nic więcej nie napiszę. Zostawiam Was z tym tematem do przemyślenia. Buziaki!

piątek, 30 grudnia 2011

Nowy Rok tuż, tuż, tuż...


Już za chwileczkę , już za momencik.... Wkraczamy w Nowy Rok... 
Jaki będzie, co przyniesie...? 
Wchodzę w niego pełna nadziei, że będzie jeszcze lepszy, że spełnią się kolejne marzenia, że zrealizuje nowe plany, że pokonam stare lęki, że stanę się lepsza, mądrzejsza, bardziej wyrozumiała. Jak zawsze robię listę postanowień, które pewnie w części zrealizuję, a o niektórych pewnie zapomnę w wirze obowiązków. Ale teraz jeszcze wierzę, że dokonam wszystkiego, co postanowię. To taki miły moment, planowania, postanawiania, wiary w zmiany, jakie ma przynieść ten Nowy Rok. To także moment podsumowań, spojrzenia w przeszłość i wyciągania wniosków.


Rok, który minął był dla mnie wyjątkowy. Pojawiły się w moim życiu upragnione dzieci, to całkiem nowe doświadczenie, piękne,  niezmiernie trudne i cały czas mnie zadziwiające:) Ich pojawienie całkiem mnie odmieniło, zmusiło do zamknięcia przeszłości, przyznaję, dość burzliwej. Skupienie się na nowym życiu wcale nie było, i nadal nie jest, dla mnie łatwe. Uczę się nowego życia, uczę się spokoju, uczę się funkcjonowania w nowej rodzinie.


Pojawienie się dzieci to początek tworzenia Domu. Domu, który ma dla nich być gniazdem, ostoją, miejscem, do którego będą wracać. Chcę zapewnić im spokój, ciepło, miłość. Dom ma dać im pewność przynależenia do miejsca, w którym zawsze na nich będzie ktoś czekał, do którego zawsze będą mogli wrócić bez względu  na to, jak potoczy się ich życie i gdzie ich rzuci los.


Tworzenie Domu, to także zmiana mojej osobowości. Już nie "biznesłoman" pędząca za karierą, już nie skupiona tylko na sobie i na własnych przyjemnościach Pani. Teraz Matka i Żona. Czasami zagubiona w nowej roli, czasami popełniająca błędy, czasami płacząca do poduszki, bo znów coś nie wyszło, bo nie dałam rady, bo zatęskniłam za innym życiem.
Czy to znaczy, że zrezygnowałam z siebie? Nie, bynajmniej...:) Przewartościowałam, zmieniłam punkt widzenia, wyciągnęłam wnioski z przeszłości i chcę by Nowy Rok umocnił mnie w przekonaniu, że podjęłam właściwe decyzje, że podążam we właściwym kierunku.  I tego sobie życzę!
A Wam? Wam życzę odnajdywania siebie w każdej czynności, w każdym kawałku uszytej poduszki, w każdym kawałku upieczonego ciasta. Bądźmy sobą i cieszmy się z tego, jakich wyborów dokonaliśmy i odnajdujmy szczęście na każdym kroku i w każdej małej, ulotnej chwili. I dawajmy je innym, uśmiechajmy się częściej i mówmy do siebie jak najwięcej miłych słów:)
Szczęśliwego Nowego Roku, Kochani!!



wtorek, 20 grudnia 2011

Kule szyszule, wygrane candy i do Świąt już coraz bliżej....:))

Kiedy zaczęłam czytać pierwsze blogi (i wpadłam, jak śliwka w kompot), najpierw ogarnęło mnie niesamowite zdziwienie, jak strasznie dużo mamy zdolnych babek wokół siebie. Dziewczyny robią takie rzeczy, że po prostu szczena opada. Pomyślałam wówczas, że zazdroszczę... talentów wszelakich, energii, pasji, jaką wkładacie w najprostsze czynności. Cały ten blogowy babski światek wydał mi szalenie wciągający, interesujący i dopadła mnie chęć przynależenia. Człowiek jednak jest zwierzęciem stadnym (poza wyjątkami, ale nie o nich dzisiaj) i lubi przynależeć. Poza tym blogi to kopalnia pomysłów, tyle rzeczy można zrobić w domu inspirując się Waszymi pracami. Moją pierwszą fascynacją były kule szyszule, które zobaczyłam w Green Canoe. Nie dosyć, że piękne, to jeszcze łatwe, a na dodatek można je ozdobić, jak tylko się zamarzy. Po prostu musiałam je zrobić:). Czasu, jak wiecie mam jak na lekarstwo, więc moja wersja jest mini. Dodam, że nawet szyszek nie nazbierałam, tylko dostałam od zaprzyjaźnionej sąsiadki, której naopowiadałam o tym, co to ja z tych szyszek nie narobię...:)) A kiedy sąsiadka pytała czy już są efekty, a ja wciąż nic i nic, to w końcu bidula przytachała samodzielnie torbiszcze pełne szyszek i skończyły się wymówki, trzeba było brać się do roboty:)



Jak już wpadł  w moje ręce pistolet do klejenia i szyszki, to kleiłam i kleiłam, szalenie wciągające zajęcie, mówię Wam.  Po kulach, kolej przyszła na choinki, do kompletu.



Po oklejeniu, zawieszeniu, krytycznej ocenie, stwierdziłam, że jedną przerobię na drzewko i zostanie podarowana naszej kochanej Janeczce, bez której pewnie wciąż bym tylko gadała o tych szyszkach i gadała:)


Drzewko jest zdecydowanie moim faworytem, najbardziej mi się podoba, mam nadzieję, że spodoba się  też Janeczce. Już wiem, że w przyszłym roku Święta będą w kolorach pomarańczy i złota. Może pokuszę się wtedy o zrobienie wersji giga ze światełkami, kto wie?

A na koniec chciałabym pochwalić się moja wygraną w candy u Izy z blogu Zza uchylonych drzwi. Popatrzcie, jaka pięknotka trafiła do mnie, wprost pod choinkę:




Dziekuję Izo, torba jest piękna, niesłychanie starannie uszyta i duuuuża, czego się zupełnie nie spodziewałam. Dokładnie taka, jak lubię i z kieszonką w środku! Doskonale wpisała się u mnie w klimat zimowo-świąteczny. Poza tym, to mój pierwszy prezent, zarówno blogowy, jak i gwiazdkowy. Czuję teraz już wyraźnie, że to zaraz, za chwileczkę, Święta... Pierwsze Święta moich Rozbójników, pierwsze Święta moje tu, na blogu... Jeszcze tylko choinkę trzeba ubrać i ....świętujmy kochani i cieszmy się bliskością naszych rodzin, ciepełkiem domu i przegnajmy wszystkie smutne myśli, jeśli takowe nam się gdzieś zalęgły.... (mnie trochę tak, ale przeganiam, przeganiam...) Pa, pa:)

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Dekoracje błyskawiczne:)

Czasu mało, idą Święta... A ja w polu z dekoracjami, sprzątaniem i ogólnie z przygotowaniami świątecznymi. Ale nic to, jak wiadomo potrzeba jest matką wynalazku. Natchniona przez moją imienniczkę Izę - Bubisę z blogu: Moje życie na wsi, która słusznie zauważyła, że młode stażem blogerki mogą pokazać swoje zeszłoroczne dekoracje z czystym sumieniem, bo w zeszłym roku jeszcze nas na tym wirtualnym świecie nie było, zrobiłam szybki przegląd tego co już mam. Ha! Okazało się, że najwięcej u mnie czerwieni, zresztą, jak widzę, u pozostałych blogowych koleżanek także:)) Fantastycznie, pomyślałam, będzie u mnie zgodnie z trendem:) Ale żeby nie było, że nic nie zrobiłam, rzuciłam się na jeszcze głębsze poszukiwania czerwoności. W tym celu rozbebeszyłam prawie cały dom, więc już wiem, że zaraz czeka mnie wielkie sprzątanie, ale póki co pokazuję co znalazłam. Dwie fantastyczne rzeczy, które udekorują mój cały dom i to w błyskawicznym tempie. I bez wychodzenia z domu!!!

Absolutny numer 1: tasiemka w krateczkę:


Chyba nawet nie muszę Wam mówić, ile cudów można z niej wyczarować. U mnie na pierwszy ogień poszły żyrandole, które dostały urocze świąteczne sukieneczki:)




Nie wiem czy się przyznawać, ale nawet nie zeszyłam tychże sukieneczek, tylko raz, raz szpileczkami poprzypinałam. Czas roboczy niecałe 15 minut!! Mój wzrok padł następnie na tablicę kuchenną i ciach kolejne 20 cm tasiemki poszło w ruch:)


Jeszcze mam zamiar użyć jej do innych dekoracji, ale póki co czas, czas, czas mnie goni... 

A przede mną najbardziej czasochłonny projekt, czyli girlanda. Czas roboczy wykonania ok 1h:) , jak dzieci juz śpią, a Ty człowieku masz jeszcze odrobinę sił. Przepis? Bardzo proszę: wytnij co się da i nanizaj na nitkę (najlepiej czerwoną:)). Ja znalazłam starą girlandę z kwiatków, które, choć ładne, nigdzie mi nie pasowały wcześniej i teraz nagle OLŚNIENIE!! Pociacham ją, dorzucę trochę tektury z jakiegoś pudła, kokardki ze skrawków wstążek po kwiatach i kawałek bawełnianej koronki:









Przed kominkiem zrobiło się już całkiem świątecznie. Ogień trzaska, ciepełko, dekoracje, a że podłoga trochę brudna, to kto by się tym przejmował. Psy na pewno nie. Są absolutnie zachwycone. Zabrakło tylko Luli, mojej najstarszej 17-letniej kundzi, ale ona zawsze chadza swoimi ścieżkami i jak to dama niechętnie integruje się z innymi.


Reszta moich świątecznych pomysłów musi zaczekać, na kolejną wolna chwilkę. A teraz już zmykam, bo dzieciaki dają o sobie znać coraz głośniej. Buziaki dla wszystkich przemiłych blogowych babeczek:) oraz  znajomych i przyjaciół, którzy od czasu do czasu wpadają do mnie poczytać:) Pa!

czwartek, 24 listopada 2011

Wielka wygrana i odsłona gabinetu:)

Pisałam ostatnio o lenistwie, braku czasu, tysiącu rzeczach na głowie... i tak naprawdę to ten klimat nie chce mnie jeszcze opuścić. Być może to lekka deprecha, a może jesień, a może po prostu wielkie zmęczenie... Nie wiem... Patrzę dookoła i widzę niekończące się sterty prania, nieustający remont i ... moje pięty (są w opłakanym stanie, bo ciągle łażę na boso). Marzy mi się jakaś odrobina luksusu. Ach... posiedzieć w jakimś spa,   zapomnieć o na chwilę o dzieciach (nie oburzajcie się wszystkie matki-polki, proszę..!), zapomnieć o psach, bałaganie, zanurzyć się w pianach, balsamach i innych takich cudeńkach. I nie mówcie, że któraś z Was by pogardziła:) Póki co jednak ani czas ani finanse mi na to nie pozwalają, wielki smutek:((
Ale żeby nie męczyć ani Was, ani siebie smutami, napiszę o dziś o WIELKIEJ WYGRANEJ (no może takiej nie bardzo wielkiej, ale dla mnie to było COŚ). Czy wygrałyście kiedyś cokolwiek? Czy znacie to uczucie na początku niedowierzania, a potem radochy takiej, że aż się chce skakać do góry? Zauważcie, że nawet jak wygrywamy drobiazgi tak zupełnie przypadkiem, to uczucie zawsze jest bardzo podobne:) No, chyba, że to milion w totka... to wtedy sama nie wiem czy moje biedne pozawałowe serce by to przetrzymało, hihi
Jak już pisałam, żyję w nieustającym remoncie: wykańczamy dom, lub jak kto woli, dom wykańcza nas. Teraz już jest bliżej niż dalej, ale i tak jeszcze czeka nas sporo potu, krwi i łez. Był taki moment w moim życiu, że z powodu huraganu życiowego wprowadziłam się do budowanego przeze mnie domu w chwili, kiedy nie nadawał się jeszcze do zamieszkania, ale ja twarda raczej jestem (mimo postury mikrej), zacisnęłam zęby i dałam radę. I wówczas los się do mnie uśmiechnął. Pojechałam do Ikei zakupić jakieś rzeczy pierwszej potrzeby i zaproponowano mi kartę kredytową. Kasy już nie miałam prawie wcale, więc pomyślałam, że jak dają, to borę, może się przyda??  I rzeczywiście przydała się, wypłaciłam z niej szybciej, niż myślałam. Dosłownie tydzień później, dzwoni ktoś do mnie i z prędkością karabinu maszynowego mówi,  i mówi, i mówi, i ja nic nie rozumiem. Kiedy w końcu udało mi się przerwać (a ciężko było, uwierzcie) okazało się, że dla posiadaczy tejże karty jest loteria i raz w miesiącu ktoś wygrywa 7000 zł na zakupy w Ikei, i w ty miesiącu to jestem ja. Wow! Cieszyłam się jak dziecko... Fantastyczne uczucie! I choć nie jestem fanką, to z radością pojechałam szastać kasiorą:)) I jak już się wyszastałam do ostatniego grosika i paki przyjechały, to musiały odstać ze dwa lata chyba, bo nie miałam jeszcze gdzie tych mebli ustawiać. Tak naprawdę dopiero niedawno wszystko trafiło na miejsce i... przedstawiam Wam dziś gabinecik, bibliotekę i pokój, z którego piszę bloga, czyli trzy w jednym:). Oto część mojej wielkiej wygranej:








Oczywiście dla mnie to dopiero baza:) Teraz jeszcze muszę odpowiednio zagracić to śliczniusie i nowiusie wnętrze, bo, co zrobić, lubię jak z kątów wyłazi trochę wspomnień, trochę tfuurrczości własnej, trochę pamiątek. Wtedy wiem, że jestem w domu, a nie w sklepie. Już kilka przedmiotów przełamuje ten ikeowski szablon, ale będzie więcej. Niech mi tylko bliźniaki dadzą rozwinąć skrzydła... Na razie jednak chłopaki rozwijają własne:)





Pozdrawiam wszystkich, witam nowych i życzę Wam Wielkich Wygranych zarówno tych finansowych, jak i życiowych, które czasem bywają zdecydowanie ważniejsze:)
Bella Od Bliźniaków

czwartek, 17 listopada 2011

Dążenie do ideału...;)

Zniknęłam na trzy tygodnie... długo... A miało być tak pięknie, że ja matka polka z bliźniakami, domem na głowie, studiami podyplomowymi, które właśnie zaczęłam(!!), czterema psami jeszcze dekoruję, urządzam, robię zdjęcia i piszę bloga... No po prostu cud miód, nie kobieta. Taaa... to teoria, ideał, do którego już nie dążę..., bo: jest 13.30, a ja nie umyłam jeszcze zębów, mam na sobie plamę z kaszki na golfie, plamy z papki dyniowej na spodniach i włos nie czesany już ze dwa dni. Przestało mi to nawet przeszkadzać, gdyż nie oglądałam się w lustrze dobry tydzień, co nie ukrywam ma swoje dobre strony (nowych zmarszczek ani siwych włosów nie mam szans dostrzec). Poza tym ostatni czas to był niezły sport ekstremalny: ja chora, zaraziłam chłopaków, Stasiek ząbkuje, Michał w pracy od rana do wieczora, i jeszcze na dodatek prawie uciachałam sobie palca trzykrotnie wcześniej zaostrzonym nożem, nie, nie nożem, tasakiem!!! I moje psy, które dostały jakiejś przedzimowej nadaktywności i ja nic innego nie robię tylko:


I tak oto cudnie czas mi upływa. Aha! I jeszcze po nocach czytam Wasze blogi i wzdycham: ta zrobiła nowe poduszki, ta nowe serduszka, a jeszcze inna wymyśliła nowe dekoracje na święta (już???). I wtedy wszystkie moje niedoskonałości widzę jak na dłoni, a moja główna cecha - lenistwo (odważmy się nazwać rzecz po imieniu) migoczę mi na czerwono przed oczami jak jakiś neon z klubu "go go"...

Obiecałam, że zdjęcia przodków zawisną w godziwym miejscu i co? Wstyd mnie ogarnął, że nic nie zrobiłam... A to ramki nie takie, a to farby zabrakło, a to palec boli... W końcu uwiłam jaki taki, lichawy wianek i w kwiecie suszone wstawiłam przodków (z całym dla nich szacunkiem, oczywiście), niech zaczekają na lepsze czasy i miejsce nieco bardziej stabilne:) Grunt, że z pudła wyszli i ujrzeli światło dzienne.







Dzisiaj chyba za bardzo się nie rozpiszę, bo chłopaki śpią, a ja wykorzystam czas i spróbuję się nieco ogarnąć - kąpiel mi dobrze zrobi... Na koniec chciałam się z Wami jeszcze podzielić widoczkiem na mój ogród sprzed 3 tygodni i z dzisiejszego poranka. 






Hortensje były fotografowane dawniej niż trzy tygodnie temu:



To może oznaczać tylko jedno: ZIMA IDZIE...